Neptun(e) vs. Neptun(e)

+ „Neptune” utwór otwierający cykl kompozycji poświęconych planetom Układu Słonecznego, zatytułowany (The) Planetarium. Stanowi on wynik współpracy pomiędzy Sufjanem Stevensem, Bryce‚m Dessnerem z The National i kompozytorem Nico Muhly‚m. (2:41!).

+ „Neptune” singiel promujący zapowiadany na 29 maja album Diver brooklyńskiego tria Lemonade. W odmęty tematu można w pełni zagłębić się w tym miejscu. Dla stawiających na powierzchowność, poniższe wizualia. Uwaga na wodę w uszach. Te przydadzą się do miłego słuchania.

*

Reklamy

PJ Drums

* 2 kawałki pod 1 mokrym tytułem, eksplorujące 1 śliski temat. Wiecie, ”1+1” = 2, a w przypadku Beyoncé nawet 4.

1. PJ Harvey z albumu To Bring You My Love, rok 1995. Zaś w 2011 Polly Jean za pośrednictwem swojego ósmego z kolei albumu nawoływała Anglię do zatrzęsienia się, co też Anglia posłusznie uczyniła w sierpniu tego samego roku. Na fizycznie nieistniejącym marginesie można dodać, że wspomniany krążek, tudzież pliki muzyki zatytułowane właśnie Let England Shake, wypadają wspaniale, gdy wymiesza się je naprzemiennie z utworami pochodzącymi z płyty New Amerykah Part One (4th World War) autorstwa niejakiej Eryki Badu. Czasami po prostu jedna płyta lepiej oddaje drugą. Albo jedna zyskuje więcej poprzez drugą. Lub też obydwie zyskują dzięki sobie nawzajem. Let Amerykah Shake to zatem niezwykłe dźwiękowe doświadczenie, godne najwyższego poświęcenia i polecenia.

2. 2010, The Drums z płyty The Drums. Obecnie zespół promuje już drugi, wydany 2 września album Portamento. To najprawdziwszy strach sięgać po nowe nagrania rok po wydaniu poprzednich nagrań, ponieważ mogą to być odrzuty z nagrań jeszcze wcześniejszych niż wcześniej wydane. Tak mówią statystyki, a statystyka to nauka. W każdym razie tutaj Drumsowi (sans bass) chłopcy jeszcze w ubiegłorocznych, nieco Lynchowskich klimatach, chociaż nie uświadczymy tu żadnego karła, ani podłogi we wzór szachownicy. Choć to może być tylko wrażenie, gdy jest się w trakcie odkrywania ”Miasteczka Twin Peaks” na nowo, do czego również warto zachęcić wszystkich przechodzących na tę stronę przechodniów. Uważajcie na pasach.

R. Kelly Wishes To Dress Well


Dzisiaj może to zabrzmieć niemal absurdalnie, jednak swego czasu R. Kelly, czyli obecnie taki R. Oman Polański R&B, był wielką gwiazdą. Wielką, wielką gwiazdą. I artystą też udało mu się pobyć. Takim szanowanym i zasłużonym. Nie jakąś współczesną wersją celebryty, który w swoim résumé może wpisać co najwyżej skomponowanie melodii dzwonka telefonicznego lub tabloidową ustawkę z sobie podobną miernotą. Nie, w poprzedniej epoce R.Kelly miał wszystkie atrybuty, jakie wtedy przysługiwały twórcy. Niestety, sam nie przetrwał skandali, której nagle wpłynęły na jego konto, i w marnej formie dotarł do ery cyfrowej. Na szczęście, zdolna młodzież jest tutaj, by przypomnieć współczesnym, iż Robert Sylvester Kelly w gruncie rzeczy niemałym artystą był. Taki na przykład How To Dress Well, za którą to nazwą ukrywa się niejaki Tom Krell, student filozofii i tłumacz, dzielący swój czas pomiędzy Kolonię a Brooklyn. Wypuścił on właśnie w świat swój pierwszy album ”Love Remains”, będącym zbiorem kilkunastu utworów zainspirowanych R&B z lat ’80 i 90-tych. Pitchfork już obwołał debiut How To Dress Well najlepszym od lat dziełem z gatunku lo-fi. Choć z drugiej strony to jest Pichtfork, i nie czas tu teraz skręcać w tę ciemną aleję … W każdym razie, oprócz tej kolekcji piosenek Krell pokusił się także o własną interpretację ”I Wish”, będącego w moim skromnym i zupełnie nieznaczącym mniemaniu swoistym opus magnum wykonawcy na R.. To z jego strony bardzo miły ukłon w stronę skompromitowanego i nieco zakurzonego gwiazdora. Jest to także całkiem intrygująca, niezwykle ładna wersja tejże kompozycji. Ale widzicie, niespełna dekadę temu pisano naprawdę znakomite, wyborne R&B. Nie do przebicia i nie do porównania. Nawet przez z największym wdziękiem próbujących stanąć na głowie hipsterów.

John & The Roots vs David & Arcade Fire


Legendarny John, znany także jako John Legend, oraz nie mniej legendarne Korzonki, czyli zespół The Roots promują właśnie wydany dosłownie przed chwilą album ”Wake up!”. I jako że panowie uważani są za jednych z najlepszych wykonawców koncertowych na tym padole, naturalną drogą zapoznania potencjalnych słuchaczy z nowym materiałem jest zagranie go na żywo. Logiczne i nie da się temu zaprzeczyć. Za to, to czemu wyraźnie można by się sprzeciwić, i byłby to główny cel tej notatki, jest kwestia doboru repertuaru oraz wykonanie przez zespół pewnego, dosyć szczególnego utworu. Bowiem podczas jednego z takich promocyjnych występów panowie Legendarno-Korzenni nie poprzestali na odegraniu swoich ,,jedenastu głęboko sugestywnych piosenek wywodzących się wprost z pełnej uduchowienia muzyki lat ’60 i ’70-tych, której tematyka obracała się wokół tematów społecznego zaangażowania i szerzenia świadomości” (-nota od wydawcy). Oni poszli dalej. Mogli pomyśleć, że skoro swego czasu grupa Arcade Fire na krążek ”Funeral” nagrała kompozycję zatytułowaną ”Wake Up”, to czemu promując misyjną płytę ”Wake up!”, nie wykonać właśnie Arcade‚owego ”Wake Up”. Logiczne? Nie całkiem. Oprócz zbieżności tytułów, przydałoby się także jakieś artystyczne uzasadnienie, a tego tu nie słychać. Za to, gdy pomyśli się o oryginale, lub jego wspaniałym odegraniu w duecie z Davidem Bowie podczas ceremonii rozdania nagród Grammy, do ucha z hukiem dociera przepaść przynajmniej kilkunastu poziomów emocjonalnych, jakie dzielą te dwie wersje. Korzonki są w stanie zagrać wszystko. Jan potrafi zaśpiewać wiele. Co jednak nie oznacza, że od razu trzeba to robić. To się nazywa pycha. Niektórych cudów nie da się przebić nawet najlepszym warsztatem, chęciami czy ideologią. Lepiej dać sobie spokój. Vox populi, czyli podpis na youtube pod nagraniem wspólnego występu Arcade Fire i największego na tej planecie, ulubionego androgina, tj. Bowie‚ego, mówi: ”If you don’t cry watching this, you are dead inside.” Podpinających się pod oryginał Legenda i The Roots można uznać za co najmniej wewnętrznie sparaliżowanych.

Papierochy vs. Papierochy*

Choć chce się krzyczeć ”Dear Summer (Finn), please don’t go” i podpisywać pod tym okrzykiem: ”Yours truly, Tom Hansen”, o ile pod głosem można w ogóle się podpisać, jedno jest pewne – lato odchodzi. I już nic nas nie czeka. Oczywiście poza nadchodzącymi miesiącami, które jak wskazuje doświadczenie, upłyną na walce z zimnem, deszczem, wyjącym wiatrem, śniegiem, wilgotnościami, mokrościami oraz mrokiem o 15:00, i generalnie – ze złem. Żegnajcie i krzyż na drogę swobodne lekkie wieczory! Na razie noce, które letnią porą zarywa się z o wiele większą łatwością niż te nie letnie niepełnoletnie! Do widzenia, nocne godziny spędzane na dumaniu o wszystkim i niczym niczym (sic!) Tweet w „Smoking Cigarettes” ! Do nieszybkiego zobaczenia, rozbijanie się późną porą à la Daniel Merriweather w ”Cigarettes”! Oczywiście, o ile nie wisi nad tobą widmo chorób reumatycznych, wszystkie wymienione powyżej czynności można uprawiać i kontynuować w zimniejszych porach roku. Niemniej, bez lata, to już nie smakuje tak samo. Takie same nie są też wspomniane 2 kawałki. Mają jednak wspólne ze sobą to, iż są znakomite i bardzo łebskie w warstwie muzycznej oraz lirycznej, mimo wspólnego niezbyt zdrowego motywu nikotynowego. Wszystko, co dobre na tym ziemskim padole, kończy się za szybko, nie jest właściwe i absolutnie nie służy. Hélas!

W każdym razie, to ile już lat powraca Tweet? Do mistrzów w konkurencji ,,wiecznie odkładanego powrotu” w postaci Lauryn i D’Angelo jeszcze jej trochę brakuje, no i jeśli autentycznie dojdzie w tym roku do premiery ”Love, Tweet”, wszystko będzie stracone. Trzeba jednak przyznać, że nieźle się trzyma NIE powracając. To się nazywa konsekwencja. Co do Merriweathera, cóż … tymczasowo nieco się zabunkrował. Możliwe, że pali fajki, no i pisze wiersze. Not Maybe. I’m Amazed. Or Maybe Not.

* Palenie powoduje raka i choroby serca.
(Choć pomimo smrodu i powodowania żółci wszelakich, w niektórych przypadkach wygląda nonszalancko i, jako podstawowe narzędzie każdego szanującego się intelektualisty – daje mylne wrażenie posiadania paru dodatkowych punktów IQ. Może gdybym wdała się w nawyk, ten blog zacząłby mieć sens. Or Maybe Not.)

Don’t be rude to ”Rude Boy”

Ciemne chmury zebrały się nad głową Księżniczki Mroku i Ciemności Rihanny za sprawą dopiero co wypuszczonego wideoklipu do utworu ”Rude Boy”. Słychać wyraźne głosy oskarżające najnowszy produkt odtwórczyni ”Parasolki olki olki” o zbyt duże podobieństwo do obrazka Boyz artystki znanej jako Zaginiona W Akcji, czyli M.I.A. Co więcej, najsłynniejszej latorośli, jaką wydały na świat ziemie Barbadosu, zarzuca się wręcz kradzież koncepcji teledysku! Szum strumienia nienawiści dociera aż do mojej kryjówki, co wymusza podjęcie konkretnych działań. I jako że jestem zawsze za obroną pozostających w mniejszości uciśnionych, budząca zachwyt szafa Rihanny bynajmniej nie pozostaje bez znaczenia w chęci ruszenia z odwetem – no, co – jestem płytka, powiem, co następuje: ”Boyz” nie było pierwszym klipem w historii światowej wideografii (ha!), w którym wykorzystano elementy dancehallu i kolorowe animacje. I podczas gdy ”Chłopzy” Zaginionej … wydają się być o wiele więcej szaleńczy, partyzanccy i niedbali, propozycja panny Fenty jest bardziej wygładzona i przeznaczona dla oka szerszej publiczności. Jest to po prostu kolejna wersja … określonej wersji, tudzież modelu. KROPKA. Oczywiście jest coś w domniemaniu, że Rihanna chce uszczknąć nieco z fajności i zawadiackości Mii Ale spokojnie – głęboki oddech, nasza Księżniczka Mroku i Ciemności i tak pozostanie tylko pop produktem. Zaczepnym, próbującym łagodnie ,,poprowokować”, jednak nadal produktem. Ja tam lubię fajne rzeczy.