Neptun(e) vs. Neptun(e)

+ „Neptune” utwór otwierający cykl kompozycji poświęconych planetom Układu Słonecznego, zatytułowany (The) Planetarium. Stanowi on wynik współpracy pomiędzy Sufjanem Stevensem, Bryce‚m Dessnerem z The National i kompozytorem Nico Muhly‚m. (2:41!).

+ „Neptune” singiel promujący zapowiadany na 29 maja album Diver brooklyńskiego tria Lemonade. W odmęty tematu można w pełni zagłębić się w tym miejscu. Dla stawiających na powierzchowność, poniższe wizualia. Uwaga na wodę w uszach. Te przydadzą się do miłego słuchania.

*

BORDERLINE (+/- MADONNA)

Nawet jeśli, niczym miły pan Piotr Szczepanik, spalisz żółte kalendarze, z ich prochów powstanie jedna data. Choć z kabalistycznego punktu widzenia nieco niewygodna, owa data to 16 sierpnia, czyli 53 (PIĘĆDZIESIĄTE TRZECIE!) urodziny niejakiej Madonny Louise Ciccone, w skrócie zwanej MADONNĄ. Niech żyje długo, pławiąc się w rzekach pełnych prosperity! W związku z tym radosnym dniem, choć może nie dla samej Maddy, która ma ewidentne problemy ze zrozumiem starej prawdy o płynącym i przemijającym czasie, a jej próby zatrzymania go budzą żal i smutek zgromadzonych, chodźmy na Granicę” (sans Nałkowska)! Właśnie ”Borderline” zdaje się być jednym z pierwszych wielkich hitów wszechpotężnej M, a to popowe uderzenie miało miejsce w roku Orwellowskim, czyli w ”1984”. Tak się mroczno-fantazyjnie składa, że taki sam tytuł nosi również rzadki, mało znany utwór jej krajana, Sufjana Stevensa (oboje pochodzą ze stanu Wielkich Jezior, tj. Michigan). Kompozycja, a przede wszystkim towarzyszące jej słowa są tak przepięknie dojmujące, iż powinno się postawić ją obok innych najbardziej dojmujących z dojmujących utworów tego (S)twórcy jak chociażby ”Casimir Pulaski Day”, ”Pittsfield” czy ”The Owl And The Tanager”. ”Borderline”, które zresztą kradnie linijkę tekstu z oryginału Madonny, to znaczy tę dotyczącą tracenia głowy, tudzież szaleństwa, do czego SS (!) bezwstydnie przyznaje się w poniższym materiale wideo, może opowiadać historię rozkładającego się uczucia, końca związku, bądź też ilustrować relację z osobą cierpiącą na syndrom borderline właśnie. Cokolwiek. Owo ”’cokolwiek”, za którym kryje się pojęcie: bogactwo interpretacyjne, świadczy bowiem o kunszcie pisarskim. Albo o niewyjaśnionej sile wyższej, która także łączy pozornie niepasujące do siebie elementy (czyżby?) jak ten wpis, z którym autor nie wie, jak skończyć. Bo za bardzo się roz płoszył. Istotnie, coś tu kabalistycznie nie gra. Być może dlatego, że na tej Granicy gra Sufjy, a nie Maddy.

Adz, la fin.


L’Âge d’Adz a video by martamarta3000 on Flickr.

Dalej zmierzając heroicznym krokiem … Wczoraj na BKLYN odbył się ostatni w historii koncert promujący, dopowiadający oraz rozwijający motywy obecne na albumie The Age of Adz niejakiego Sufjana Stevensa. W ramach tzw. tribute’u oraz ze zgryzoty spowodowanej niemożnością bycia tamże – a trzeba dopowiedzieć, iż jest to wydarzenie niemałe, absolutnie umysł druzgoczące – na suburbiach GDN (Do You Wanna GDANce … in GDANsk?!) doszło do zaanimowania pewnej powstałej już w ’04 roku niby-fotografii (meet your predecessors, Sufjy!), na której pojawia się autor wpisu (po prawej) i pewna słynna pruska twórczyni (po lewej). Za spust migawki pociągnęła niewidoczna Kika, choć już bez Almodóvara, czego zresztą nie da się zauważyć. Jest to pierwsza animacja, jaka wyszła spod ręki autora, będącego także autorem wpisu, więc prosimy o jej wyrozumiałe potraktowanie.

Ruchomy obrazek: BORZE!

W tygodniu, w którym prowadzę intensywną korespondencję, a raczej spamodencję, z Jezusem Chrystusem (BORZE!), zastanawiając się przy tym, czy może faktycznie nie powinnam wyświadczyć sobie przysługi i nie Get real, get right with the Lord (i nie (PO)być PRO N[o]UN!), jako że w mojej (nie)codziennej egzystencji ma miejsce zdecydowanie za dużo dystrakcji, które to z kolei prowadzą do nadmiernej destylacji, autor sparafrazowanych wcześniej słów, a także melodii do nich, wypuszcza ilustrujący całą kompozycję obrazek. Obrazek składa się z obrazów (!) Proroka Royala Robertsona, które to artysta sam zaanimował, a Deborah Johnson zmontowała. Ta ostatnia, odpowiadająca także za przepyszne oraz smakowicie dobre (co za zepsucie!) animacje na ostatniej trasie wspomnianego muzyka, wypowiedziała się ostatnio w całkiem intrygującym artykule, dotyczącym tego jak ekrany – tak, ekrany! – zmieniły postrzeganie koncertów na żywo, bo przecież nie w studio. Tekst aż prosi się o zalinkowanie. Oto zarzucona lina. I oto również materiał wideo, o którym mowa, i pisownia, była wcześniej. Niestety, na razie nie da się tu wkleić faktycznego klipu, jako że został on przytrzymany podłym wielozębem pitchforka i zupełnie nie wiem, jak go odkleić. Poza tym, za dużo dystrakcji. Albo destylacji. Dlatego też trzeba zadowolić się wersją wytresowaną na trasie. Voilà.

!Edycja!: faktyczny klip po wybraniu opcji ,,czytaj resztę wpisu”: Czytaj dalej

Czy trafiła W Ciebie ”Melancholia”?

Dzisiejszy wpis w tym dyszącym oraz wyjątkowo nieczystym brudnopisie, zaczynamy od pozdrowień dla wszystkich tych, którzy błądzą po cybersieci i cudnie dziwacznym sposobem trafiają tu po wystukaniu w okienku wyszukiwarki następujących haseł: ,,melancholia film muzyka”, ,,muzyka z filmu melancholia”, ,,melancholia film i muzyka”, ,,melancholia muzyka z filmu”, ,,muzyka do filmu melancholia”, ,,film melancholia muzyka”, ,,muzka do melancholii filmu”, ,,muzyka w filmie „melancholia””, ,,film melancholia+muzyka”, ,,melancholia muzyka z filmu”, ,,melancholia film, muzyka”, ,,melancholia film 2011 muzyka”, ,,melancholia muzyka do filmu” i … ,,lars”. Zaraz obok ,,ra-ra-ra-ah-ah-ah-roma-ro-ma-ma-gaga-ooh-la-la”, ,,ra ra ra ah ah ah roma ro ma ma gaga ooh la la” oraz ,,kolendy borzenarodzeniowe” (Bronek, czy to Ty?) są to obecnie najpopularniejsze frazy naprowadzające w stronę i na stronę. Niestety, nie znajdziecie tu odpowiedzi na swoje zapytania. Wprawdzie (nie)dzielny skryba tego tekstu uznał ,,Melancholię” za najbardziej optymistyczny film, jaki widział w ostatnim czasie (oh Lars, te ,,wszystkie twoje weltschmerze”), to nie jest w stanie pomóc nikomu w kwestiach melancholijnych, a tym bardziej muzycznych, zwłaszcza że jemu samemu przez ostatnie czterdzieści pięć minut seansu za soundtrack posłużyła kompozycja ”L’Âge d’Adz” par Sufjan Stevens, która bezwiednie i boleśnie włączała mu się w głowie (to zjawisko ma ponoć medyczną nazwę, ale w tym odcinku nie zadbamy o jej określenie).

Jedno jest za to pewne: wątki apokaliptyczne stają się coraz bardziej powszechne. Najwyraźniej, this is the Age of Adz! To jest Eternal living! I mimo że trasa, promująca tenże zrywający z dawnym banjo-porządkiem album, dobiega końca (i wszystkie odpustowe gadżety oraz kostiumy z fluorescencyjnej taśmy [wykonane z pomocą ponoć przez tego samego gostka, który odpowiada za ciuszki na trwającej właśnie trasie Rihanny, oh na na] będą musiały zostać schowane do pawlacza), w brooklińskim Prospect Park na początku sierpnia odbędą się dwa ostatnie koncerty Sufjy Stardusta & co. W związku z ich promocją wypuszczono zwiastun promujący (to całkiem wspaniałe popularyzować i rozgłaszać wieść o czymś, co już się kończy, non?), który stanowi jedną wielką ”nostalgię/ultra” (obvi, sans Frank Océan). Przedstawia on przecież montaż koncertowych zdarzeń europejskich kosmicznej odysei Drużyny Bazarkowego Pierścienia made in China! IT’S TOO MUCH (I need a moment, Kanye).

Dobra. Bądźmy poważni, na ile pozwalają na to niepoważne warunki tego przybytku: żeby zobaczyć to jeszcze raz, oddałabym w zamian (- W PIERWSZEJ OSOBIE NIESPODZIEWANIE WYRWAŁ SIĘ AUTOR WPISU!) na przykład 1 koncert Björk i 1 The Roots, a nawet 0,5 Craiga Davida, jako że tych pierwszych dziwnym splotem wydarzeń widziałam po 2 razy, a Krejdżinę aż 1,5. Zamieniłabym nawet wszystko to, czego jeszcze nie widziałam, oraz zdjęcie z Lechem Wałęsą. TO/TAMTO robiło TAKIE wrażenie, zaprawdę powiadam, a nie mogłam i mogę tego wyklikać, gdyż wszystko, co piszę (!) jest mniej lub bardziej udanym (z naciskiem na mniej) szkicem tego, co naprawdę chciałabym napisać (sic!). MUJ BORZE, jak ciemno w tym lesie. Jakby co, tekturowo-papiernokolorowy-taśmonowo-neononowy strój posiadam. Niby IT’S NOT SO IMPOSSIBLE, tak mówią. Hello Brooklyn, how you doin’? Co za Melancholia. W innym wypadku lepiej, żeby już trafiła.

Nie Całkiem Ruchomy Obrazek: The Weeknd + Frank Océan (Justin Non-VerNon & Suf make a cameo [mais sans HOW TO DRESS WELL ‚cos he don’t know HOW TO, moi thinks])

The Weeknd, czyli konstruktorzy House of Balloons wypuszcza z dachu budynku gołębia pocztowego, który niesie radosną nowinę*, iż zapowiedzią* jego kolejnego przedsięwzięcia muzycznego będzie zgraja nadlatujących ,,Ptaków” (Alfred?). To znaczy ”The Birds”. O, proszę spojrzeć w górę, już nadleciały. Choć w sumie to ich ”Part 1” (w tym miejscu powstrzymam się i w ogóle nie powiem, KTO również ma obsesję na punkcie ptaków, tak że* słuchając piosenek tegoż, także* rozwijasz w sobie, drogi czytelniku, manię obserwacji tych skrzydlatych stworów. Oh Sufjy. Ok, ça SUFfit!). Tak się ptasie drogi złożyły, że niemal tego samego dnia, bo nie nocy – podobno nie wszystkie ptaki wtedy latają, wideo wypuścił inny twórca, który podobnie jak The Weeknd, wypłynął na fali internetowej sławy i oddawania się za darmo, a imię jego to Frank Ocean (a to musiała być mewa!). Duże Morze, czyli Ocean, śpiewa w ”Novocane” mniej więcej o tym, o czym Justin Non-VerNon, bowiem Timberlake, wspomniał w ostatnim, całkiem intrygującym jak dawnego uczestnika programu ”Klub Myszki Miki”, wywiadzie dla magazynu Playboy: Some people are just better high. Yessir! FranKOWI oraz jego kubraKOWI w chińskie ornamenty można przyjrzeć się po zejściu, tj. wtedy, gdy wciśnie się opcję ,,czytaj resztę wpisu”. W ogóle, choć tak naprawdę to w szczególe, ta notatka przed swoimi wieloma elektronicznymi skreśleniami oraz rozrośnięciem się do wątków i rozmiarów, jakich w początkowej fazie mózg (nie)dzielnego skryby wcale nie generował, miała dotyczyć kwestii tzw. pronuncjacji (ponownie powiało porcysem kropka com, non?). Albowiem okazuje się, że ”The Weeknd” wymawia się jako ”weakened”. To w pierwotnej wersji tego pseudo-tekstu zamierzano skomentować, jak następuje: ”Ponoć wymawia się TO ”weakened”. No szkoda, że od razu nie ”Wochenende” albo ”O fim de semana”, REBEKA Black would not approve”. Równocześnie, do powyższego chciano dołączyć wątki osobiste oraz stosunek bezpośredni osoby piszącej do tejże fonetycznej interpretacji, a to wszystko zgodnie z jakąś tam techniką, mówiącą o tym, aby w akcie pisania używać osobistych doświadczeń. Jak widać, KTOŚ poniósł tu sromotną klęskę. Za to ludzkość może spać spokojnie, pomimo zaćmienia księżyca, szalejącego wirusa E.Coca-Coli (Kanye na Coke’u!) i rosnącego kursu Franka (sans Océan). Niewyjaśnione pozostaje tylko to, czemu przelotnie nie udało się wmontować tu info o kolejnym dającym się darmo mikstejpowiczu, czyli How To Dress Well/Tomie Krellu i jego EP-ce Just Once, z której dochód ma być przeznaczony na braci i siostry z chorobami psychicznymi, o bogatej, niezaściankowej MENTALności i szczególnej wrażliwości. O, Panie, pomurz nam, Muj Borze (rozwiązać problem dzików w twym lesie, wcale niekryjących się ze swoją obecnością na Stogach i innych dzielnicach WMG!).

* Eh!
Czytaj dalej

… – said Suffie

Most of the music is the result of sound, not songs. It’s a very intuitive process and I can say that this is my least “focused” album. I’m learning to cherish mishaps and coincidences in the recording process. Sloppiness can be beautiful in music. Take Kanye West’s latest album. That’s very cleverly put together, but there’s a lot of room left for noise, disturbing sounds, exciting voices and particular structures. The vitality and uniqueness of his voice are done much more justice. — Sufjan Stevens

To jest właśnie to, a nie tamto, owa myśl o pozornie nieoczywistym, nieco odległym podobieństwie dwóch największych dzieł muzycznych A.D. 2k10, nad którą ostatnio zatrzęsła się moja galareta mózgowa (odcinek kolejny). Istna radość, iż Suf pokusił się o jej zwerbalizowanie. Niech jakaś dobra dusza, bo przecież nie dysza, chociażby na ten wzór stworzy paralelę graficzną, lub taką pełną treści tekstowych, pomiędzy L’Âge d’Adz a Ma Beautiful Dark Twisted Fantaisie, a będę mu bardzo dźwięczna do finalnego mego wydyszenia i wyrecytuje wszystkie patriotyczne wiersze o Warszawie, jakie znam w liczbie 1. Kwestie wyjaśnienia, dlaczemu tak fascynują mnie i służą do pewnej identyfikacji kryzysowe roztrząsania oraz inne ostateczne spekulacje jegomości po trzydziestce (Kanye, Sufjy, Butler, Berninger ?!), biorę na siebie. To jakaś nieznajdująca końca czarna seria, RANY. How Bizzarre, OMC. Ok, ça SUFfit.

1. Źródło wizualne. 2. Źródło esencjonalne.

SUFJY STARDUST


* zdjęcie ukradzione dzięki (jak mniemam) uprzejmości eramusicgarden pe el.

Dnia piątego miesiąca Nisan, wsiadłszy w czarny Nissan i zabrawszy ze sobą wiatr od morza oraz folklorystyczny odór śledzia, stawiłam się w wyznaczonym miejscu, by dołączyć do reszty Dzieci w Powstaniu Warszawskim przeciwko szalejącym, apokaliptycznym siłom Sufjana Stevensa. Cóż, warszawsko-powstańczym standardem, sromotnie przegraliśmy. To była fluorescencyjna miazga. Czytaj dalej