MANIFEST LIPCOWY

Zapakowawszy emm!-pe-3 do vintage-valiský, można opuścić zaokienne skandynawskie pejzaże i ruszyć na wczasy z piosenką!

ad 1 W-wa z epoki jest nawet akceptowalna, odnotowuję. (W-wa poza epoką jest ignorowalna, przypominam).
ad 2 „(…) nad morzem byłem w zeszłym roku, także tego, góry lepiej mi odpowiadają”
ad 3 Panią wypuścili na kurs językowy do Cambridge, srsly?! Wiwat, Polsko Ludowa!
ad 4 Pani do Cetniewa, woo-hoo!
ad 5 Murzyn na 2:54!
ad 6 Chcę wszystkie klawe gadżety z tego wideła.
ad 7 Opanowanie „l/ł” wymienię za gardłowe „r” oraz opozycję „ou/u”.

Reklamy

Ruchomy obrazek: WU LYF

Odkąd grupa WU LYF, której ruchome wizualia wypłynęły właśnie na cyfrowe wody blogosfery – o czym za chwilę, pojawiła się na muzycznej scenie, wielu snuje teorie, przedstawia argumenty ”za” bądź też ”przeciw” głębokości, tudzież płytkości i naiwności tego muzycznego projektu. Pojawiają się nawet głosy, iż jest to jedynie niezal (vide indie) ekwiwalent hiphopowego kolektywu Odd Future. No nic mnie nie wiadomo na ten bez wątpienia ważki oraz zajmujący temat. Na mój chłopski rozum prosto z suburbiów WU LYF jest raptem dźwiękową imaginacją; tym, co byłoby, gdyby z dźwiękowej miłości Animal Collective i Sigur Rós narodził się bardzo, bardzo, BARDZO wrzeszczący, nieznośny i przesmarkaty dzieciak. Takie są najlepsze, zwłaszcza nie wymagany jest bezpośredni kontakt z nimi. W każdym razie, tenże krzykliwy smarkacz rzucił w ekrany odbiorników swoim nowym wideoklipem, zrealizowanym do najradośniejszej, najszczęśliwszej, najpozytywniejszej ostatnio dla mnie pieśni, która jako jedyna jest zdolna wyciągnąć zainteresowaną z postępującego, listopadowego Marazmu, wiadomo. W obrazku, zgodnie z panującą ostatnimi czasy tendencją, patrz: ”The SuburbsArcade Fire, ”Midnight CityM83, mamy tzw. młodzież, biegnącą przez suburbia, tereny rolnicze, leśne, nadmorskie czy inne szeroko pojęte środowisko naturalne, inaczej łono natury. To, co zewnętrzne nie jest jednak w tym wypadku najistotniejsze. Bardziej bowiem liczy się poruszana tutaj kwestia, to znaczy … R WE BROS? WE BROS ❤

PJ Drums

* 2 kawałki pod 1 mokrym tytułem, eksplorujące 1 śliski temat. Wiecie, ”1+1” = 2, a w przypadku Beyoncé nawet 4.

1. PJ Harvey z albumu To Bring You My Love, rok 1995. Zaś w 2011 Polly Jean za pośrednictwem swojego ósmego z kolei albumu nawoływała Anglię do zatrzęsienia się, co też Anglia posłusznie uczyniła w sierpniu tego samego roku. Na fizycznie nieistniejącym marginesie można dodać, że wspomniany krążek, tudzież pliki muzyki zatytułowane właśnie Let England Shake, wypadają wspaniale, gdy wymiesza się je naprzemiennie z utworami pochodzącymi z płyty New Amerykah Part One (4th World War) autorstwa niejakiej Eryki Badu. Czasami po prostu jedna płyta lepiej oddaje drugą. Albo jedna zyskuje więcej poprzez drugą. Lub też obydwie zyskują dzięki sobie nawzajem. Let Amerykah Shake to zatem niezwykłe dźwiękowe doświadczenie, godne najwyższego poświęcenia i polecenia.

2. 2010, The Drums z płyty The Drums. Obecnie zespół promuje już drugi, wydany 2 września album Portamento. To najprawdziwszy strach sięgać po nowe nagrania rok po wydaniu poprzednich nagrań, ponieważ mogą to być odrzuty z nagrań jeszcze wcześniejszych niż wcześniej wydane. Tak mówią statystyki, a statystyka to nauka. W każdym razie tutaj Drumsowi (sans bass) chłopcy jeszcze w ubiegłorocznych, nieco Lynchowskich klimatach, chociaż nie uświadczymy tu żadnego karła, ani podłogi we wzór szachownicy. Choć to może być tylko wrażenie, gdy jest się w trakcie odkrywania ”Miasteczka Twin Peaks” na nowo, do czego również warto zachęcić wszystkich przechodzących na tę stronę przechodniów. Uważajcie na pasach.

Kenye gets much HIGHer in Krak-Town where the crack love is FOREVER (like DIAMONDS!) & ça craque [czyli ”Travesuras de la niña mala” chili ”Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki” bez udziału MVL].

Spożywając dziś tatara jako ten biedny, mówiący po polsku Tatar, naszła mnie myśl rodem z Tartaru (,,w mitologii greckiej była to najmroczniejsza i najniższa część krainy podziemia, gdzie przebywały dusze skazanych na wieczne cierpienie”, źródełko), a inaczej mówiąc, takie oto szelmostwo: przy dzisiejszych zasobach (setlist.fm, setlist.com, youtube, cyber-społeczności, bla-bla-blogi, etc.), a także zacietrzewieniu, zdolności do formułowania fałszywych wniosków oraz przyjmowania z góry utartych tez, z rozbrajającą łatwością można by (OK, ,,mogłabym”) napisać sprawozdanie z krakowskiego panowania Kanye Westa na festiwalu wroga od Coca-Coli, w szczególe tam nie będąc. Oczywiście, ma się rozumieć – mnie tam nie było, a całe wydarzenie ponoć dumnie i radośnie się odbyło. Ale spokojnie oraz bardzo zen zen!, parę oddechów do papierowej torebki i zdusiłam ten nagły wybuch tików Tourette’a. Choć nie powiem, wizja ubrania TEGO w słowa była nieprawdopodobnie kusząca. Bowiem, co to za problem opisać coś, co się widziało? To wydaje się mało twórcze. To już było. WSZYSCY tak robią. Bracie, pokaż mi, jak wiarygodnie preparujesz coś, czego nie było ci dane zobaczyć, doznać, ani powąchać. To także odsyła nas do genezy. Y’all know peoples: na początku było Słowo. Umiejętne żonglowanie nim ma moc. I od niego właśnie zaczęło się to jedno wielkie oszustwo, które nas otacza, choć oczywiście termin ,,szelmostwo” brzmi zdecydowanie delikatniej i bardziej dyplomatycznie.

* foto ukradzione dzięki (jak mniemam) uprzejmości Gazety Krakowskiej, POLSKA PreSSe.

This Weeknd’s Thursday’s Child

A zatem, mamy rozumieć, że Abel Tesfaye chce zaczynać Weeknd od czwartku, jednocześnie podrzucając swoją miks-taśmę w formie cyfrowej w piątek, który jak wiadomo jest już dożywotnią przestrzenią czasową działań i ekscytacji REBEKI Black? Czy może morze staje się na tyle burzliwe, iż należy myśleć o jego pełnej wolności do takiej a nie innej interpretacji kalendarza, jako że jest on ”Thrusday’s Child”? W chwili obecnej pierwsze wrzuty do ucha Czarnego Czwartku (och, Tato), nie idą tak gładko jak pompowanie Domu Balonów, jednak trzeba Weekndowi oddać to, iż ukazał się on w czwartek, a nie na przykład we wtorek. Wtorek jest najgorszy. We wtorek nic już jest nie warte nic. Rien, nada, niente. Bowiem wtorek następuje po poniedziałku. Poniedziałek jest najlepszy. W poniedziałek można zacząć wszystko od poniedziałku, od nowa zacząć nowe życie. I to właśnie we wtorek zdajesz sobie sprawę, że nic ci nie wyszło w poniedziałek, a to dopiero wtorek! 4 (CZTERY, doprawdy sans Beyoncé) dni do piątku. Równa się marność, a czasem nawet męczarnia. Wracając jednak do trwającego właśnie Weekndu, to Abel vel Weeknd musi mieć w sobie jakąś kroplę polskiej wódki, ponieważ najwyraźniej lubi je dłuuugie, to znaczy te Weekndy. Weekndy in the city i bardzo Vampy Weekndy w Kontrze, istotnie. Cóż, pozostaje nam dalszy odsłuch badawczy tego Weekndowego dziecka pt. Czwartek, choć wątpliwe, by w ciągu tego czwartkowego dnia, który jest już piątkiem, doszło do uszu coś, dorównującego pięknocie poniższego. Ewentualnie ”Ptaki”. I i II.


* Klikając w nieruchomy obrazek z napisem ”Weeknd”, przeniesiesz się tam, gdzie można ściągnąć mini-płytę Weeknd.
* Throw me tomorrow!

BORDERLINE (+/- MADONNA)

Nawet jeśli, niczym miły pan Piotr Szczepanik, spalisz żółte kalendarze, z ich prochów powstanie jedna data. Choć z kabalistycznego punktu widzenia nieco niewygodna, owa data to 16 sierpnia, czyli 53 (PIĘĆDZIESIĄTE TRZECIE!) urodziny niejakiej Madonny Louise Ciccone, w skrócie zwanej MADONNĄ. Niech żyje długo, pławiąc się w rzekach pełnych prosperity! W związku z tym radosnym dniem, choć może nie dla samej Maddy, która ma ewidentne problemy ze zrozumiem starej prawdy o płynącym i przemijającym czasie, a jej próby zatrzymania go budzą żal i smutek zgromadzonych, chodźmy na Granicę” (sans Nałkowska)! Właśnie ”Borderline” zdaje się być jednym z pierwszych wielkich hitów wszechpotężnej M, a to popowe uderzenie miało miejsce w roku Orwellowskim, czyli w ”1984”. Tak się mroczno-fantazyjnie składa, że taki sam tytuł nosi również rzadki, mało znany utwór jej krajana, Sufjana Stevensa (oboje pochodzą ze stanu Wielkich Jezior, tj. Michigan). Kompozycja, a przede wszystkim towarzyszące jej słowa są tak przepięknie dojmujące, iż powinno się postawić ją obok innych najbardziej dojmujących z dojmujących utworów tego (S)twórcy jak chociażby ”Casimir Pulaski Day”, ”Pittsfield” czy ”The Owl And The Tanager”. ”Borderline”, które zresztą kradnie linijkę tekstu z oryginału Madonny, to znaczy tę dotyczącą tracenia głowy, tudzież szaleństwa, do czego SS (!) bezwstydnie przyznaje się w poniższym materiale wideo, może opowiadać historię rozkładającego się uczucia, końca związku, bądź też ilustrować relację z osobą cierpiącą na syndrom borderline właśnie. Cokolwiek. Owo ”’cokolwiek”, za którym kryje się pojęcie: bogactwo interpretacyjne, świadczy bowiem o kunszcie pisarskim. Albo o niewyjaśnionej sile wyższej, która także łączy pozornie niepasujące do siebie elementy (czyżby?) jak ten wpis, z którym autor nie wie, jak skończyć. Bo za bardzo się roz płoszył. Istotnie, coś tu kabalistycznie nie gra. Być może dlatego, że na tej Granicy gra Sufjy, a nie Maddy.

Ruchomy obrazek: The National

… Hubert von Schnapss (…) starał się tam o zbudowanie pod Grunwaldem gigantycznego pomnika upamiętniającego bitwę. Poza resortem zarabiał na życie brzuchomóstwem, wynajmował się za klauna i naśladował głosy postaci z bajek. Kilka tygodni temu popełnił samobójstwo.

Źródełko: GW, 08/08/11.

Woo-hoo!, deszcze oraz dreszcze niespokojne, chili chills chills chills! To jest/był istny Klaun Liryczny. Kolejny dowód na to, że rzeczywistość potrafi być mroczniejsza i bardziej zwichrowana niż nawet najciemniejsza fantazja powstała w umyśle siedzącego właśnie na T(h)ronie Kanye Westa. Jakoś tak się skojarzyło, złożyło i połączyło, że klauna Lirycznego z nieodłączną, skarpetową pacynką można zobaczyć również w najnowszym ruchomym obrazku grupy The National, powstałym do utworu ”Exile, Vilify”. Kawałek w pierwszej kolejności posłużył za tło muzyczne gry Portal 2, zaś w drugiej jako pretekst i główne narzędzie w konkursie osobiście (o)sądzonym przez grupę, który polegał właśnie na stworzeniu wideoklipu do i dla niego. Oto szanowny i zasłużony zwycięzca. Wydaje się, że nie ma nic bardziej wzruszającego na tym ziemskim padole niż bure, brzydkie zabawki, śpiewające smutne piosenki w pięknych okolicznościach przyrody. Istotnie. Jest jeszcze drugi laureat wspomnianej rywalizacji i przybiera on formę animowaną, jednak po ostatnich eksperymentach w tej materii, występuje konieczność odmowy wklejenia go tutaj w celu uniknięcia bolesnych porównań i ochrony wizerunku.

(Nie)błękitny (nie)melonik Eryki

Dnia bodajże piątego ramadanu po tym, jak zwinne dłonie byłej członkini partyzantki Tadżykistanu, a obecnie imigrantki na gdańskich suburbiach, uczesały fest kudły tzw. autora wpisu, ten wieloletni cichy entuzjasta twórczości niejakiej Eryki Badu powtórzył słynną sentencję: (Cogito) ERGO (Sum) Arena, po czym udał się w kierunku północnych dzielnic grodu nad Motławą, które zlewają się już z letnią stolicą polskiego lansu i baunsu znaną jako Zoppot (naprawdę, żyją jeszcze ludzie, podkreślający i preferujący tę a nie inną wymowę, słowo). Wyzbywszy się uprzednio wszelakich uprzedzeń, ów sympatyk niezmiernie pozytywnie oraz całkiem entuzjastycznie, jak na swój autyzm i zaburzenia typu borderline, podszedł do perspektywy ujrzenia samozwańczej Królowej, zwłaszcza że wcześniej złośliwość okoliczności (to byłyby dopiero długie historie do wyklikania!) nigdy na to nie pozwalała. A zatem, było to tak … Czytaj dalej