Neptun(e) vs. Neptun(e)

+ „Neptune” utwór otwierający cykl kompozycji poświęconych planetom Układu Słonecznego, zatytułowany (The) Planetarium. Stanowi on wynik współpracy pomiędzy Sufjanem Stevensem, Bryce‚m Dessnerem z The National i kompozytorem Nico Muhly‚m. (2:41!).

+ „Neptune” singiel promujący zapowiadany na 29 maja album Diver brooklyńskiego tria Lemonade. W odmęty tematu można w pełni zagłębić się w tym miejscu. Dla stawiających na powierzchowność, poniższe wizualia. Uwaga na wodę w uszach. Te przydadzą się do miłego słuchania.

*

Dźwięki: BAMBI

Nikt w tej części przestrzeni wirtualnej nie będzie się kłopotał, bawił w jakiegoś amatora-kopistę i zajmował wklejaniem biogra-mów/fii. Jeśli życzysz sobie, szanowny cyber-wędrowcze, dowiedzieć się czegoś o Azealii Banks, musisz dokonać tego własnymi klikającymi ”ręcami”. Jako skromny generator treści niewartościowych (i niewiarygodnych!), ograniczę się jedynie do stwierdzenia, iż smarkula naprawdę nieźle się rozkręca, choć trudno jednoznacznie powiedzieć, do czego. Na chwilę obecną już któryś Z kolei Z jej kawałków muzyki zagościł w uszach słuchaczy. Tytuł tego ostatniego, w szczególności wartego odnotowania to – jak podpowiada oprawa wizualna stworzona na podstawie ”dyszących” archiwaliów – ”BAMBI”. W rytm utworu, wyprodukowanego przez Paula Epwortha (m.in. Adele’owe ”Rolling In The Deep”, szczęśliwie NIE ”Someone Like You”, uff!), zdążyły już przejść się modelki o sarnich – jak mniemam – nogach na paryskim pokazie szmat Thierry’ego Muglera, który odbył się w ramach trwającego tamże tygodnia mody bez urody. Ich moi wydaje się, iż ”BambiiAzealii (wiadomo-sic!) idealnie pasowałby również jako dźwiękowe tło pod takie pierogi z sarniną, będące doskonałym sposobem na ostateczne rozwiązanie kwestii oraz triumfalne wchłonięcie, a następnie wydalenie wszelkich, zatruwających mózg disney’owskich miraży. Bon Appétit!

This Weeknd’s Thursday’s Child

A zatem, mamy rozumieć, że Abel Tesfaye chce zaczynać Weeknd od czwartku, jednocześnie podrzucając swoją miks-taśmę w formie cyfrowej w piątek, który jak wiadomo jest już dożywotnią przestrzenią czasową działań i ekscytacji REBEKI Black? Czy może morze staje się na tyle burzliwe, iż należy myśleć o jego pełnej wolności do takiej a nie innej interpretacji kalendarza, jako że jest on ”Thrusday’s Child”? W chwili obecnej pierwsze wrzuty do ucha Czarnego Czwartku (och, Tato), nie idą tak gładko jak pompowanie Domu Balonów, jednak trzeba Weekndowi oddać to, iż ukazał się on w czwartek, a nie na przykład we wtorek. Wtorek jest najgorszy. We wtorek nic już jest nie warte nic. Rien, nada, niente. Bowiem wtorek następuje po poniedziałku. Poniedziałek jest najlepszy. W poniedziałek można zacząć wszystko od poniedziałku, od nowa zacząć nowe życie. I to właśnie we wtorek zdajesz sobie sprawę, że nic ci nie wyszło w poniedziałek, a to dopiero wtorek! 4 (CZTERY, doprawdy sans Beyoncé) dni do piątku. Równa się marność, a czasem nawet męczarnia. Wracając jednak do trwającego właśnie Weekndu, to Abel vel Weeknd musi mieć w sobie jakąś kroplę polskiej wódki, ponieważ najwyraźniej lubi je dłuuugie, to znaczy te Weekndy. Weekndy in the city i bardzo Vampy Weekndy w Kontrze, istotnie. Cóż, pozostaje nam dalszy odsłuch badawczy tego Weekndowego dziecka pt. Czwartek, choć wątpliwe, by w ciągu tego czwartkowego dnia, który jest już piątkiem, doszło do uszu coś, dorównującego pięknocie poniższego. Ewentualnie ”Ptaki”. I i II.


* Klikając w nieruchomy obrazek z napisem ”Weeknd”, przeniesiesz się tam, gdzie można ściągnąć mini-płytę Weeknd.
* Throw me tomorrow!

BORDERLINE (+/- MADONNA)

Nawet jeśli, niczym miły pan Piotr Szczepanik, spalisz żółte kalendarze, z ich prochów powstanie jedna data. Choć z kabalistycznego punktu widzenia nieco niewygodna, owa data to 16 sierpnia, czyli 53 (PIĘĆDZIESIĄTE TRZECIE!) urodziny niejakiej Madonny Louise Ciccone, w skrócie zwanej MADONNĄ. Niech żyje długo, pławiąc się w rzekach pełnych prosperity! W związku z tym radosnym dniem, choć może nie dla samej Maddy, która ma ewidentne problemy ze zrozumiem starej prawdy o płynącym i przemijającym czasie, a jej próby zatrzymania go budzą żal i smutek zgromadzonych, chodźmy na Granicę” (sans Nałkowska)! Właśnie ”Borderline” zdaje się być jednym z pierwszych wielkich hitów wszechpotężnej M, a to popowe uderzenie miało miejsce w roku Orwellowskim, czyli w ”1984”. Tak się mroczno-fantazyjnie składa, że taki sam tytuł nosi również rzadki, mało znany utwór jej krajana, Sufjana Stevensa (oboje pochodzą ze stanu Wielkich Jezior, tj. Michigan). Kompozycja, a przede wszystkim towarzyszące jej słowa są tak przepięknie dojmujące, iż powinno się postawić ją obok innych najbardziej dojmujących z dojmujących utworów tego (S)twórcy jak chociażby ”Casimir Pulaski Day”, ”Pittsfield” czy ”The Owl And The Tanager”. ”Borderline”, które zresztą kradnie linijkę tekstu z oryginału Madonny, to znaczy tę dotyczącą tracenia głowy, tudzież szaleństwa, do czego SS (!) bezwstydnie przyznaje się w poniższym materiale wideo, może opowiadać historię rozkładającego się uczucia, końca związku, bądź też ilustrować relację z osobą cierpiącą na syndrom borderline właśnie. Cokolwiek. Owo ”’cokolwiek”, za którym kryje się pojęcie: bogactwo interpretacyjne, świadczy bowiem o kunszcie pisarskim. Albo o niewyjaśnionej sile wyższej, która także łączy pozornie niepasujące do siebie elementy (czyżby?) jak ten wpis, z którym autor nie wie, jak skończyć. Bo za bardzo się roz płoszył. Istotnie, coś tu kabalistycznie nie gra. Być może dlatego, że na tej Granicy gra Sufjy, a nie Maddy.

Héros.

WE CAN BE HEROES / JUST FOR A DAY.

Bo tak (poza tym, ponoć na ekrany kin wchodzi obecnie dużo ruchomych obrazków, eksploatujących znanych w po(o)p-kulturze herosów, a instytucja bohatera przeżywa prawdziwy Renaissance, ale bez supportu Q-Tipa) (poza tamtym, sierpień jest, jak wiadomo, miesiącem bohaterów, wąsów [ciekawe, dlaczemu w języku Molière’a «zarost nad górną wargą mężczyzny; też: jedno z dwu pasm włosów składających się na ten zarost» ma rodzaj żeńskiego? Oto pojawiła się konieczność zainicjowania misji badawczej.] i spania na styropianie, tudzież w okopach. O, cześć-(cz)ci!).

google the streets

W dzisiejszej erze mówi się, iż nauka zaczyna się tam, gdzie nie dosięga wyszukiwarka Google‚a. Jak stara się pokazać to Mikey Skinner w kawałku ”Puzzled by people”, ta fundaMENTALna witryna internetowa nie radzi sobie także w kilku innych, całkiem zresztą istotnych kwestiach. Możliwe też jest odmiennie ujęcie tego problemu, w którym to gatunek ludzki sam jest sobie winien, ponieważ przestał sobie radzić. Można by jeszcze inaczej to zreinterpretować. Zresztą, ostatecznie to i tak TY wybierasz. W każdym razie, poniższa kompozycja, o której mowa była powyżej, znajduje się na wydanym wczoraj albumie ”Computers and Blues”. Ma to być piąty i zarazem ostatni krążek wydany przez Skinnera pod szyldem The Streets. Czy Uważasz Rze ”Computers and Blues” to zacny, godny, pożegnalny album i będzie brakować CI tego projektu czy Piszesz to Inaczej? Czy może (pod)Piszesz się Inaczej pod ostatnim dziełem wydanym pod szyldem The Streets, bo Uważasz Rze?

Sluts, dudes, hipsters & Jessie J

… Oh, once I thought I was a slut(wave!), then I realized I was acting like a … hipster? Dude? Lamestreamer.

Nieważne. A może jednak? Bowiem BBC, które ogłosiło Jessie J dźwiękiem i głosem roku pańskiego 2011, mówi, iż wspomniana Jessie mówi z kolei, że we wspomnianym roku 2011 należy robić TO (czyli nie wiadomo co, a to znaczy, że wszystko) like a dude. O ile rachunek się zgadza, jest to kolejny po Beyoncé ‚owym ”If I were a boy”, utwór popowy poruszający tematykę transgenderową. Poważna sprawa. Ktoś mądry powinien się nad nią pochylić, jednak to jest zły url. Tutaj co najwyżej można obaczyć kopiowany i wklejony ruchomy obrazek, ukazujący jak do rzeczy zabiera się Jessie J. A robi to tak: Czytaj dalej