(Nie)błękitny (nie)melonik Eryki

Dnia bodajże piątego ramadanu po tym, jak zwinne dłonie byłej członkini partyzantki Tadżykistanu, a obecnie imigrantki na gdańskich suburbiach, uczesały fest kudły tzw. autora wpisu, ten wieloletni cichy entuzjasta twórczości niejakiej Eryki Badu powtórzył słynną sentencję: (Cogito) ERGO (Sum) Arena, po czym udał się w kierunku północnych dzielnic grodu nad Motławą, które zlewają się już z letnią stolicą polskiego lansu i baunsu znaną jako Zoppot (naprawdę, żyją jeszcze ludzie, podkreślający i preferujący tę a nie inną wymowę, słowo). Wyzbywszy się uprzednio wszelakich uprzedzeń, ów sympatyk niezmiernie pozytywnie oraz całkiem entuzjastycznie, jak na swój autyzm i zaburzenia typu borderline, podszedł do perspektywy ujrzenia samozwańczej Królowej, zwłaszcza że wcześniej złośliwość okoliczności (to byłyby dopiero długie historie do wyklikania!) nigdy na to nie pozwalała. A zatem, było to tak …

Dobra, po tym wstępie dajmy se spokój i teraź wrzućmy tryb teraźniejszy.

Erykah spóźnia się godzinę. Następnie pojawia się na scenie w wyjątkowo finezyjnym stroju: niby egipskie prześcieradło robiące za spódnicospodnie, narzutko-bolerko, łańcuchy i bransolety, czarne wybitnie wysokie szpile i przepiękny niebieski kapelusz. Całość daje efekt połączenia egipskiej bogini z małym Peruwiańczykiem, przedzierającym się przez szczyty Andów. W tę estradową podróż zabiera ze sobą herbatę (z prądem?) w (nie)chińskim termosie. Erykah przeprasza za spóźnienie. W ramach przeprosin ofiarowuje nam piosenkę, której przećwiczenie miało być właśnie powodem opóźnień. Jasne. Tekst pieśni traktuje o radości płynącej z ponownego zobaczenia się z polską publicznością. Robi się bardzo miło. Erykah nawet odmachuje autorowi wpisu, którego zespół Tourette’a zmusił do tego nieodpowiedzialnego gestu, jakim było niekontrolowane, instynktowne wyciągnięcie ręki w powietrze. Autor wpisu jeszcze nie wie, ile potem będzie za to cierpiał (jinx, jinx). Dwa utwory muzyczne następują po sobie (bodajże ”The Healer” i ”The Otherside of the Game”. Pardon, ale to nie jest serwis setlist.com, ani wiązanka-wyliczanka) i … potem coś siada. I trwa. Z przerwami. Przez niemal DWIE godziny. Niczym finalna próba z udziałem publiczności, a nie pełnoprawny koncert muzyki. Oczywiście, wierni fani, przyzwyczajeni do komedianctwa wokalistki, wielbiciele ponoć jej barwnej osobowości oraz (zwłaszcza) starszego materiału muzycznego wydają się być usatysfakcjonowani. Ci z głębi sali oraz sektorów w górze i po bokach porzucają swoje miejsca i ochoczo podbiegają pod scenę na zawołanie nie do końca radzącej sobie z odpowiednim transferem emocji l’artistki. Naturalnie, zespół gra niezmiennie. Znakomicie. Z drugiej strony, na tym poziome to chyba nic dziwnego. Szczególną uwagę zwracają zwłaszcza samotny biały … gitarzysta, stopniowo wychodzący z cienia basista, DJ w pożyczonym Theophilusa Londona kapeluszu oraz klarnecista w berecie i trójkolorowych szelkach, choć podobno nie chodziło wcale trzy kolory tego kraju, acz tamtego. Ewidentne zawodowstwo towarzyszącej grupy muzyków, rzekomo po części improwizowane, rock-n’-rollowe aranże nowych wersji utworów z mantrycznie wyśpiewanymi wstawkami
(- Gdy na końcu ”Didn’t Cha Know”, zaczęła dojmująco wyśpiewywać i w kółko powtarzać Believe in yourself! Believe in yourself! Believe in yourself! coś we mnie umarło – powiedział później autor wpisu.
– Nawet Paulo Coelho tworzy bardziej skomplikowane zdania proste – dodał.)
, coraz żywiej z każdym kawałkiem reagująca publiczność, nie dają jednak oszukać rozczarowującej prawdy, iż całe wydarzenie zdaje się być nierówne, niby profesjonalne, ale zupełnie nieprzemyślane. Nie ma w nim żadnej dramaturgii. Sceną rządzi nieznośny chaos. Zgrzyta, zamiast iskrzyć. Mogłoby się wydawać, iż TW Badu postanowiła oprzeć występ wyłącznie na swojej domniemanej charyzmie. Owszem, to mogłoby się udać, gdyby tego dnia rzeczywiście tym charme’m dysponowała. Niestety, po estradzie porusza się ktoś, kto co najwyżej przybiera pozę na charyzmę czy wręcz pozę na pozę. Delikatnie, niemniej widocznie miota się i ucieka do słabych sztuczek. Przykładem niech będzie chociażby ta zupełnie niepotrzebna prezentacja dorobku DJ’a. Autor wpisu zdaje sobie sprawę z tego, że najprawdopodobniej znajduje się w mniejszości, co wcale nie wynika z jego przypuszczalnego uwielbienia do znajdowania się w permanentnej kontrze. Mimo najszerszych chęci wyłożonych w paragrafie pierwszym, nagle poddaje się. Pada na kolana i błaga o cud oświecenia. Kult Eryki Badu w Polsce staje się dla niego równie niepojęty co kult maryjny. Zastanawia się, czy nie takim znowu przypadkiem obydwa fenomeny nie mają ze sobą więcej wspólnego, niż można by domniemywać. Niewykluczone, iż właśnie w dotarciu do sedna tej wielkiej tajemnicy tkwi odpowiedź na pytanie: DLACZEGO?! Gdańsko-sopocki koncert amerykahńskiej szansonistki ledwo co podjął próbę odpowiedzenia na nie.

* Tak, intro jest (nie)analogiczne do tego intro.

* Nie, z powyższej kartki zagrała bodaj tylko ”Bag Lady”. Erykah ma jakiś intrygujący, kartkowy system wybierania poszczególnych utworów, która ma zagrać.

* Tak, to było zapro nisko – budżetowe. Jako ten N-I-P, that’s how we roll, BB!

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s