SUFJY STARDUST


* zdjęcie ukradzione dzięki (jak mniemam) uprzejmości eramusicgarden pe el.

Dnia piątego miesiąca Nisan, wsiadłszy w czarny Nissan i zabrawszy ze sobą wiatr od morza oraz folklorystyczny odór śledzia, stawiłam się w wyznaczonym miejscu, by dołączyć do reszty Dzieci w Powstaniu Warszawskim przeciwko szalejącym, apokaliptycznym siłom Sufjana Stevensa. Cóż, warszawsko-powstańczym standardem, sromotnie przegraliśmy. To była fluorescencyjna miazga.

Ale zanim na ziemi, (TAM)TEJ ZIEMI, pojawił się Sufjy (który to ponoć zapielgrzymował tu/tam promem ICóżŻeZeSzwecji do portu-jamyślę-w-Gdyni, gdyby TE RZECZY wiedzieć wcześniej … przywitałabym go na tymże kaszubskim padole w stroju krakowskim przy pomocy chleba, soli oraz właśnie śledzia …), w roli tzw. supportu oczom zebranym objawił się niejaki DM Stith. Bardzo mile rokujący gentleman to jest … chociaż obecnie znajduje się na poziomie, na którym Bohater Wieczoru był jakieś 10 lat temu … Gdy wspomniany DM Stith, wyśpiewując swoje 4 piosnki (każda średnio po 6 minut, gdzie Twój matematyczny arkusz?), siedział na postawionym na środku sceny krzesełku, nasuwać się mogły (nie)pewne porównania z Paulem Simonem. Brakowało tylko Chevy Chase’a, a już mielibyśmy ”You Can Call Me Al”. Oczywiście, żartuję serdecznie, życząc mu mas arktycznych i żarów tropikalnych powodzenia, ponieważ kwalifikuje się. Praktykujący odwagę sceniczną u boku Sufjana tenże multiinstruMENTALista podzielił się z publicznością swoją niezwykle głęboką refleksją na temat bycia w trasie z twórcą IlliNOISE, przedstawiając (podejrzaną przeze mnie wcześniej) teorię, iż w rzeczywistości rzeczony delikwent jest prześmieszny, a fragmenty muzyczne, w których znajduje się wiele niezdefiniowanych, z pozoru dziwacznych, wokalnych dźwięków – jęków, zawodzeń, lubi określać terminem: sex scenes. To raczej istotne. Scen fizycznych, scen miłości, a także tych miłości fizycznej było, zarówno podczas występu S. Stevensa (nie mylić z Shakin’), jak i jego wyprzedzacza, niemało. Przejdźmy zatem do rzeczy …

Sufjan Stevens wraz z towarzyszami, stanowiącymi załogę jego statku kosmicznego, wylądowali na deskach Teatru Polskiego kilkanaście minut po godzinie 20. Najpierw najbujniejszy kwiat Detroit zmaterializował się pod postacią anioła-łabędza, rozpoczynając swoją muzyczną odyseję od utworu ”Seven Swans”. Następnie, nie poszedł jednak w ”Stronę SWANna” [via Marcel Proust], a zdjąwszy przy pomocy inspicjenta raczej ciężkawe skrzydła, skręcił w ”Too Much”, ostatecznie zakotwiczając nas na obcej planecie przy pomocy ”The Age of Adz”. Dalsza kolejność wydarzeń zdaje się być mało istotna. Przed zebranymi otwarła się bowiem inna, nieokreślona przestrzeń, magiczny korytarz, w którym wszystko wydało się takie znowu NOT SO IMPOSSIBLE. Energetyczny meteoryt pie … uderzył w scenę i wybuchnął feerią barw, świateł oraz zachwycających, pokręconych melodii, dopiero w wersji koncertowej osiągających właściwą formę i moc. Jak sam powtarza: he’s not fucking around, a zatem potrafi zarówno przy … zadać cios potężnym hałasem (”Get Real Get Right”, ”I Want to Be Well” ), jak i rozładować napięcie, zawijając ze swoim kramem do krainy folkowej delikatności (”Heirloom”, ”Now That I’m Older”).

Fakt znany, niemniej musi zostać powtórzony – za inspirację przy powstawaniu ostatniego dzieła Sufjy‚ego posłużyła sztuka oraz postać Royala Robertsona, artysty, którego śmiało nazwać można prymitywnym, takim Teofilem Ociepką, ewentualnie Nikiforem z Luizjany. Wpływ ten jest nie tylko słyszalny na płycie (dźwięki ilustrujące apokaliptyczne wyobrażenia, ruchy tektoniczne, spadające planety, wulkaniczny gniew Wezuwiusza, itd., okraszone profetycznymi, mistycznymi tekstami o rychłym końcu tej ziemskiej imprezy), ale także widoczny, wręcz ewidentny w oprawie graficznej krążka. Koncert jest konsekwentnym przedłużeniem tej wizji, ale powiedzieć, iż dzieło Roberstona posłużyło za oprawę wizualną trasy to za mało. W rzeczywistości to Sufjan Stevens wchodzi w obrazy luizjańskiego odszczepieńca, zaklina się w nich i przy użyciu swojego przenośnego cyrku na żywo odtwarza zawarte na nich historie. Dlatego też nie tylko z technicznego punktu widzenia (2 rzutniki, ruchome elementy scenografii, lasery i inne bajery), ale przede wszystkim z racji przyjętej konwencji epopeja pod nazwą The Age of Adz musiała zostać odegrana i specyficznie odtańczona w teatrze. Stąd równocześnie wszystkie te kiczowate stroje (Oh Sufjy, z modowego [wprost UWIELBIAM to nowo-słowo]) punktu widzenia te tęczowe esy-floresy na spodniach poszerzały CI biodra, czyniąc z nich iście matczyne odnóża – urocze!), komiczne, odpustowe gadżety, zabawkowe instrumenty (solo na Casio w ”Futile Devices” rozpuściło szron na moim pudełku z lodem, w którym to trzymam kawałek mięsa, czyli tzw. mięsień sercowy). Były one wyjęte ze świata sztuki naiwnej, który rządzi się nieracjonalnymi, fantastycznymi prawami, w którym to nieporadność, niedoskonałość (u Sufjana podkreślona i odzwierciedlona za pomocą zupełnie niezwyczajnej choreografii z (nie)dalekimi Jacksonowskimi echami [o ile choreO może mieć echO]) paradoksalnie stanowią o sile przekazu. Konsekwencja, z jaką Stevensowi udaje się przeprowadzić to apokaliptyczno-fanstastyczne przedstawienie jest wprost zachwycająca, budzi podziw i admirację. Nie ma wątpliwości, iż tego pamiętnego już wieczoru kolorowe egzorcyzmy dodały niejednemu ze zgromadzonych kosmicznych sił do walki z szarą, z pozoru niemożliwą rzeczywistością.

Przypadki patologiczne, czyli INNI [via Amenábar], których nawet Sufjanowe confetti nie było w stanie porwać (ja mój złapany papierek zamierzam zachować niczym Całun Turyński i Rękopisy z Quamran w jednym w jakimś bezpiecznym miejscu, zwanym także pudłem pamięci), i tak powinni być usatysfakcjonowani, otrzymując na deser zwany bisem trzy utwory z (nieszczęsnego ponoć dla Sufjana) Illinois, w tym ten jeden ze słynną linijką, bo przecież nie ekierką: Golden rod and the 4-H stone / The things I brought you / When I found out you had cancer of the bone. Le smark. Tenże, uwaga brzydkie słowo!, encore dobitnie udowodnił, w jak dalekie rejony wszechświata oddalił się Sufjan na The Age of Adz. Różnica pomiędzy obecnym ratującym ludzkość od zagłady superbohaterem a dawnym bogiem indie niemal zazgrzytała, indie’d! Osobiście wolę dołączyć do załogi Sufjy Stardusta (sans Ziggy), który oprócz walki z mrokiem, złem, a przede wszystkim – samym sobą, urokliwie pląsając, raczy gawiedź nienadętą, arcyciekawą konferansjerką na tematy związane z fizyką i jej siłami, wspomnianym wyżej Royalem, Amazonkami, starością, młodością, magazynem National Geographic i stacją PBS (a do tego udzielając się intensywnie przez ponad 2 godziny na scenie, bez popijania czegokolwiek, O SUCHYM PYSKU jego ukrytej pod celofanem małpo-czapki, na koniec SAM składa i pakuje swoje instrumenty oraz inne skarby w koszulce z napisem BE MINE [a w koncertowym busie zapewne szydełkuje, zerkając na kultowy dokument This Is It i powtarzając choreo na następny dzień, czym czyni nas bardzo dumnymi]). Oh SUFjy, ça ne SUFfit pas. Live Long & Prosper.

Reklamy

6 thoughts on “SUFJY STARDUST

  1. Pingback: Bien Ivre de ”Calgary” « muzyka dyszy

  2. Pingback: Jeszcze Billboard, czyli apendyks « muzyka dyszy

  3. Pingback: Czy trafiła W Ciebie ”Melancholia”? « muzyka dyszy

  4. Pingback: Ruchomy obrazek: BORZE! « muzyka dyszy

  5. Pingback: (Nie)błękitny (nie)melonik Eryki « muzyka dyszy

  6. Pingback: O(d)żywcza Godzina « muzyka dyszy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s