Dźwięki: Rifle Man

Wydawać by się mogło, że w Internecie to wszystko takie łatwo dostępne, nietrudne do zdobycia, każdy może mieć to, czego zapragnie, i to w przeciągu paru minut, o ile nie setnych sekundy. Błąd. Nie od dziś wiadomo, że sieć bywa dziurawa. Czasami próby znalezienia tu upatrzonego obiektu westchnień przypominają poszukiwania mitycznego Świętego Graala i przedzieranie się przez gąszcz obślizgłych pajęczyn. Moim muzycznym, owianym legendą kielichem stał się ostatnio duet Rifle Man. Tworzą go dwaj koleżkowie – Daniel Gdula i Anthony Gerbino, którzy zapoznali się ze sobą podczas pobierania nauki w college’u, i próbując zapewne wypełnić czas pomiędzy zajęciami, zaczęli wspólnie tworzyć muzykę. Najwyraźniej do powiedzenia ,,dzieci się nudzą”, powinno się dodać także drugi człon, czyli ,,studenci również”. Nuda ma jednak taką przypadłość, że często daje przestrzeń do tworzenia niebywałych rzeczy. To casus Rifle Man. Co więcej, ich snujące się kawałki, stanowiące wypadkową nowej fali, elektroniki oraz alternatywnego rocka i folku, mogą idealnie się nadawać do odzwierciedlenia właśnie czasu zastoju, niebytu i bezczasu (Google mówi, że ,,Bezczas” to także tytuł płyty niejakiego Szymona Wydry i bandu Carpe Diem … ciekawe, co na to foka ?). Wprost wybornie wtapiają się w przestrzeń. Szkoda tylko, że tę marzycielską muzykę tak trudno mieć na własność. Nagranej w ubiegłym roku ep-ki ”Tree Wood is Dead” nagranej dla Cantora Recors, kiedyś domu wydawniczego MGMT, za nic nie można znaleźć, ani kupić u Ruskich, Chińskich czy też innych Państwa Torrentów. Wielka dziura oraz rien, nada i niente. Również żyłabym również w zupełniej nieświadomości istnienia Rifle Man, gdyby nie poniższy materiał wideło z sesji zdjęciowej dla magazynu Nylon z udziałem mojego wirtualnego chłopaka w tym sezonie, czyli Josepha Gordona-Levitta. Znany jest on m.in. z kultowego serialu ,,Trzecia planeta od słońca” ( ”3rd Rock from the f-cking Sun”, RTL 7, ktoś z obecnych pamięta ten kominek?) oraz właśnie obrastającego we własną chwałę i legendę ”(500) Days of Summer”, przed chwilą goszczącego jeszcze na naszych ekranach. Upichcony przez Rifle Man utwór ”Lake’s alive” zaczyna się dokładnie w drugiej minucie (2:00) i jest to początek drogi do nieba. Nie mówiąc już o tym, że samo przemówienie JGL’a dotyczące ,,proaktywnych działaniach w czasie randki w kinie” stanowi prze, ale to przeurocze dopełnienie tej wędrówki.

Ach ! Trudno się od tego odczepić.
Wracając jednak do RM i dostępności ich uzależniających dźwięków, ja zaspokajam swoją muzyczną chuć na ich profilu myspace, z którą to przestrzenią musiałam się przeprosić. Na stronie Cantora Records można z kolei ściągnąć aż 1 (JEDEN!) ich utwór pt. ”His&Hers” oraz obejrzeć nakręcony do niego klip. Teraz, gdy już naprawdę nie mam co robić – bardzo rzadki stan, intensywnie szukam śladów Bursztynowej Komnaty, składającej się z zaledwie kilku kawałków, ale za to jakich!, wykonanych przez nikomu bliżej nieznanych mistrzów z Rifle Man. Śledztwo w toku.

Reklamy

One thought on “Dźwięki: Rifle Man

  1. Pingback: Morgan M. Morgansen’s Date with Destiny ! « muzyka dyszy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s