Oto moja teoria dotycząca wideoklipów Beyoncé: ją samą kręcą w technologii HD z lampą ring light i wszelkimi możliwymi magicznymi obiektywami używanymi w programie Oprah, a wszystkich pozostałych na gównianym sprzęcie z lat ’90-tych.
… co tłumaczy, dlaczego współuczestnicy teledysków B (tancerze, KTOKOLWIEK, itp.) na ekranie wyglądają wręcz poszarzale oraz tak jakby nad ich głowami zainstalował się wieczny, mroczny cień, podczas gdy nad protagonistką nieustannie wisi dumne, nienaturalne – nawet jak na warunki taśmy filmowej – żarzące się, nomen omen – ”HALO”.
(… to także jest te miłe uczucie, gdy czyjeś słowa, układające się w przekonującą teorię, potwierdzają twoją własną, która przedtem wydawała się nieprzekonująca, choć może nie tyle tobie, co innym. A zatem wdzięczność Lainey).
Wielce prawdopodobne, iż przy manufakturze najnowszego bardzo krótkiego metrażu Rihanny również użyto niejednej świetlnej różdżki. Jednak nie jest to tak znowu jasne (sic!), ponieważ twórcy zrobili go (i NAS) na szaro, w niezwykle chodliwej obecnie technice, cyfrowo próbującej osiągnąć efekt podobny do tego osiągalnego za pomocą amatorskiego filmu Super 8 (ja myślę?). I tym sposobem lekkiemu kawałkowi muzyki pt. ”We Found Love”, z łatwością mieszczącemu się w szufladzie z napisem: (nie)winne przyjemostki, towarzyszy fabuła przywodząca na myśl ciężkie gatunkowo produkcje jak chociażby Trainspotting, Requiem dla snu, czy może przede wszystkim w tym przypadku teleserię Skins. Wrażenie? Wow, co znaczy także le wahou de Cassie.


